Coś w tym jest po chwili zastanowienia.
To, czy dany produkt jest dla mnie użyteczny, mogę określić zerojedynkowo (oczywiście zależnie od kontekstu). Nie zrobię zdjęcia ziemniakiem, ani nie skorzystam z internetu na kalkulatorze, więc te przedmioty w określonym zakresie zastosowań są dla mnie bezużyteczne.
Wróćmy do usability – wolę tłumaczyć je jako „używalność”. Zdecydowanie łatwiej przychodzi mi dopasowanie definicji Jakoba Nielsena do tej wersji. Po prostu dla mnie brzmi sensowniej i bardziej logicznie. Trudno, czepiam się.